1 października
Dzień zacząłem wyjątkowo spokojnie. Obudziłem się dopiero około dziewiątej, przeciągając się leniwie i z ulgą stwierdzając: w końcu wyspany. To już samo w sobie było dobrym znakiem na początek miesiąca. Wstałem bez pośpiechu, zrobiłem sobie kawę – obowiązkowy punkt każdego poranka – i przygotowałem szybkie śniadanie. Koszula wyprasowana, toaleta załatwiona i… gotowy do wyjazdu.
Na peronie zjawiłem się chwilę po dziesiątej. O 10:14 byłem już w Szamotułach, czekając na szynobus z Wronek do Poznania. Planowo, jak zawsze, podjechał o 10:31. Po drodze wstąpiłem na sekcję, przywitałem się z dyspozytorem i spotkałem panią Karolinę z magazynu – wreszcie udało się załatwić sprawę nowego plecaka. Miła niespodzianka, od razu humor jeszcze lepszy.
Na piętrze dopłaciłem kasę z poprzedniej służby, chwilę pogadałem ze znajomymi na stołówce i ruszyłem do pracy. Tego dnia przypadł mi kurs do Kostrzyna Wielkopolskiego. Skład EN76-032 – standardowo szybkie sprawdzenie: WC, biletomaty, oświetlenie, tablice. Wszystko działało jak należy. Zgłosiłem gotowość: „Pociąg 77372 przygotowany do odjazdu” – i w drogę. Kurs do Kostrzyna i z powrotem minął bez fajerwerków, spokojnie i punktualnie.
Po powrocie do Poznania miałem chwilę przerwy. Obiad w stołówce, kilka minut odpoczynku i już trzeba było iść na peron szósty, gdzie czekał skład do Kłodawy. Do Wrześni jazda odbyła się gładko, bez najmniejszych zakłóceń. Niestety, w Podstolicach usłyszałem przez radio komunikat dyżurnego: „71214, będziemy czekać na 17215, około 20 minut…”. Westchnąłem tylko. Od jakiegoś czasu, przez zamknięcia torowe i remonty, takie opóźnienia stały się codziennością.
Otworzyłem więc „magiczną” skrzynkę przy kabinie i nadałem komunikat do podróżnych:
„Szanowni Państwo, z powodu opóźnionego pociągu 17215 nasz skład wyjedzie ze stacji Podstolice z około 20-minutowym opóźnieniem. Za wszelkie niedogodności przepraszamy.”
Ku mojemu zdziwieniu – pełna cisza. Nikt nie podszedł z pytaniami, nikt nie marudził. Dla pewności poszedłem do pierwszego przedziału zapytać, czy komunikat był słyszalny. Wszyscy zgodnie potwierdzili, że tak. Pomyślałem wtedy: no i super, dokładnie tak to powinno wyglądać.
Po dziewiętnastu minutach ruszyliśmy dalej. Do Kłodawy dotarliśmy zaledwie dziesięć minut po czasie. Na miejscu czekał już serwis sprzątający – podpisałem wykaz, sprawdziłem czystość składu, a sam miałem chwilę na kawę. Kurs powrotny, 17217 do Poznania, minął spokojnie i bez żadnych „atrakcji”. Ciekawostką był fakt, że – choć to pierwszy dzień października – wszyscy uczniowie mieli już legitymacje podbite. Czasem małe rzeczy potrafią zaskoczyć najbardziej.
Po przyjeździe do Poznania nie zostało nic innego jak szybki przesiadkowy „desant” na pociąg do domu. Tak zakończyłem dzień – pracowity, ale spokojny, pełen drobnych, pozytywnych akcentów.