Dzień zaczął się z ciężkimi powiekami i kawą, która bardziej przypominała ratunek niż rytuał; po szybkim śniadaniu o 9:00 w drogę, wyjątkowo w cywilu, żeby na luzaku przejechać z Poznania do Gdańska i nie tłumaczyć na każdym kroku rozkładu pociągu nie swojej spółki. Na sekcji w Poznaniu standard: zgłoszenie do dysponenta, chwilę później stołówka i oczekiwanie na kierowniczkę — nasze zgrane duo z ponad dekadą doświadczenia, cel prosty: dowieźć ludzi bezpiecznie i możliwie planowo do domu. Baltic Express przyjechał spóźniony, więc jak to zwykle bywa, mimo miejscówek wylądowaliśmy w „kolejarskiej” jedynce; ważniejsze było trochę spokoju niż walka o centymetry w zatłoczonych przedziałach. Podróż minęła bez historii, na miejscu zamknęliśmy 20 minut w plecy, a już po chwili kierowca podwiózł nas prosto do naszego pojazdu.

Kamizelka na plecy, ukłon do pani dyżurnej z okienka nastawni, szybkie przebranie w służbowy strój i — zanim rozkręci się służba — pizza na podtrzymanie morale, bo głodny człowiek to zły człowiek, a na torach nie ma miejsca na złość. Po odbiorze ostrzeżenia dla maszynisty i kierowniczki wpadliśmy do pociągu; jeszcze dosłownie moment na selfie przy Elfie z widokiem stadionu i już z peronów zbieraliśmy młodzież. Odjazd dyktował tempo: raptem dwie minuty zapasu, więc nic dziwnego, że trzech pasażerów pomyliło pociągi i wsiadło do składu okazjonalnego. Sytuacja została szybko opanowana — dzięki przytomności kierowniczki i maszynisty oraz uprzejmości dyżurnej ruchu pociąg zatrzymał się w Tczewie i „zbłąkani” wysiedli, a my dowieźliśmy codzienność dalej.
Zamiast korzystać z pokładowego nagłośnienia, podłączyłem własny głośnik BT i z uśmiechem zapytałem naszą zmęczoną młodzież, czemu u nich muzyka nie gra i dlaczego tak cicho na całym składzie, co od razu przykuło uwagę i rozładowało senność w przedziałach. Po chwili poszedł na cały regulator „Mandacik” w duecie Łobuzy x Akcent x Zenek Martyniuk i stało się to, co najlepsze w podróżach grupowych — chór śpiewał refren bez namawiania, a energia w pociągu wystrzeliła jak przy udanym odjeździe o czasie. Gdy utwór wybrzmiał, zostały uśmiechy, parę próśb o tytuł piosenki i wrażenie, że dalsza część trasy pójdzie już „na zielonym”, bo wspólny śpiew skuteczniej niż kawa postawił wszystkich na nogi.