10 listopada, piątek. Piątunio, piąteczek – a w AKW… smród.
Dzień zaczął się o piątej rano. Za oknem deszcz, taki uporczywy, że człowiekowi odechciewa się wszystkiego. Szybka toaleta, zimna woda na twarz – od razu trochę lepiej. Potem śniadanie, kawa, herbata – standardowy poranny rytuał. Każda minuta policzona, bo koszula musi być wyprasowana, torba spakowana, a pociąg nie poczeka.
Na dworcu w Szamotułach zostawiłem auto i ruszyłem szybkim krokiem na peron. Deszcz niby lekki, ale paskudny – widoczność słaba, a człowiek jeszcze nie do końca rozbudzony. Wsiadam do przyspieszonego KW, zestaw AKW – i już przy wejściu cios w nos. Smród. Nie taki z olejarni, nie – coś gorszego. Po chwili zorientowałem się, że to z ubikacji. Super. Początek dnia jak marzenie. Zamknąłem się w przedziale – tam dało się oddychać.
W przedziale siedziała koleżanka z pracy, kierowniczka Lidka, a w Rokietnicy dosiadł się Marcin – maszynista jadący na pouczenia. Ekipa wesoła, rozmowa się kleiła, więc te dwadzieścia minut minęło szybko. Przed Poznaniem przyszła jeszcze inna kierowniczka – ta już służbowo na chwilę bo już byliśmy w Poznaniu.
Na sekcji standard – podpis na liście obecności, uśmiech do dysponentki i… „Panie, dziś kontrola trzeźwości”. No dobra, nie pierwszy raz. Dmuchnięcie, wynik czysty. Ale zaraz słyszę: „Jeszcze test na narkotyki”. Oho, tego dawno nie miałem – chyba z dwa, trzy lata temu.
Test się szykuje, więc mówię, że wpadnę za chwilę, bo muszę coś załatwić w biurze. Wracam po paru minutach, a tu: „Zmiana planów, nie do Zbąszynka, tylko do Wrześni. Ma pan osiem minut na pociąg.” No pięknie. W takich chwilach człowiek nabiera sprawności olimpijczyka. Na szczęście to pierwszy peron – zdążyłem przed odjazdem.
Do Wrześni spokojnie, zero akcji. Na miejscu szybki obrót i z powrotem do Poznania. Po powrocie zrobiliśmy wreszcie test – negatywny, jakżeby inaczej.
Po drodze zajrzałem jeszcze do sklepu z butami – trafiłem nowe letnie, w końcu. Na sekcji oddałem fakturę, W międzyczasie odebrałem nowy telefon służbowy u naszej pani Małgosi, którą odwiedziłem rano, ale nie dokończyłem sprawy z nowym telefonem, więc teraz mogłem to zrobić ,u Karoliny naszej firmowej magazynierki świeże koszule i krawaty. Wreszcie! Stary krawat był w stanie agonalnym – nosiłem go chyba z litości.
Po podpisaniu niezbędnych papierów udałem się na jadalnię. Stołówka jak zwał, tak zwał – siedziało tam mnóstwo osób, sporo konduktorów ,kierowników i maszynistów. Patrząc w nowy telefon, powoli go konfigurowałem i cyk – skończone. Nawinęła mi się kumpela z pracy, która siedziała obok:
– No to co, selfiaczek? Z nowego telefonu, na Facebooka będzie! – zaśmiała się.
Cyk, foto. Teraz sami oceńcie, jak wyszło.

Dochodziła dwunasta. Zrobiłem kawę (bo bez kawy nie ma życia), zjadłem zupę gulaszową z termosu – pychota. W międzyczasie dowiedziałem się, że jadę na wzmocnieniu do Konina, a dalej sam do Kutna i z powrotem. Wszystko planowo, spokojnie, bez przygód.
Na koniec dnia – jeszcze jedno spotkanie z tą samą kierowniczką, co rano. Uśmiech, wymiana paru zdań, po czym na Osterwę i do domu.
Dzień długi, ale udany. Pracowity, spokojny – i tylko ten smród w AKW zostanie w pamięci.